Zapiski na zimno o budowie domu.

2009-03-25

Wiosna

Globalne ocieplenie, mówili, zakładaj sady brzoskwiniowe, mówili…

Koniec marca następnego roku. Żyjemy pomału w nowej siedzibie. Główny Technolog co jakiś czas pcha do prac przy wykończeniach. Musimy wstawać wcześniej niż w Warszawie.

Furtka i barak

Ale dla takich widoków warto wstawać naprawdę wcześnie.

Głaz wczesnym rankiem

Choinka wczesnym rankiem

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 06:08

2008-10-18

Gruntowy Wymiennik Ciepła - forpoczta.

Z braku lepszego pomysłu można robić różne rzeczy. Na przykład nowoczesne i kontrowersyjne rozwiązania techniczne dla polepszenia wentylacji w domu. Polepszenia? To się jeszcze zobaczy.

Kierowniczka

Kierowniczki

Jak zdarzyło mi się zauważyć w jednym z pierwszych wpisów do tego bloga, budowa to powódź szczegółów, a każdy z nich grozi mniejszą lub większą ryfą. W opisywanym przedsięwzięciu potknięć zanotowałem co najmniej 50%, o ile da się to wyliczyć w procentach.

Dołek

Gruntowy wymiennik ciepła, to sprawa zasadniczo prosta: kopiesz dół, montujesz z jednej strony rurę, przez którą nawiewa powietrze z ogródka, z drugiej, podłączoną do domowej wentylacji, rurę, przez którą to wchodzi do domu. Zasypujesz to żwirem, możliwie otoczakowym, żeby powietrze miało mniejsze opory toczenia. Ze wszystkich stron okładasz geowłókniną, coby się to nie pomięszało z otaczającym gruntem. Zakopujesz. Ewentualnie od góry serwujesz jeszcze styropian, żeby się wydawało, że to wszystko jest głębiej. Niby proste, ale…

Rura GWC

A wszystko przez Głównego Technologa. Wytyczne do budowy wymiennika zakupiłem już bardzo dawno temu. Napisano tam, że złoże, czyly to coś, przez co przelata powietrze, żeby się ogrzało zimą, a latem schłodziło, wypełnia się żwirem otoczakowym frakcji circa 1-3cm. Jest to łatwo dostępny materiał, w każdej żwirowni można go kupić, ile wola. I to płukany dwukrotnie, czyli czysty.

Pełno kamieni

Cóż, jednakowoż albowiem Główny Technolog pokazał mi ten żwir i prawi: “Przez to nie będzie przechodzić powietrze. Za duże opory, potrzebny będzie dodatkowy wentylator wtłaczający. Trzeba wziąć żwir grubszy.”. Dotychczas jego pomysły były lepsze od standardu. No to ja złapałem za słuchawkę i dawaj szukać. I co? I nie ma – otoczaki grubsze od 3cm nie są z reguły do niczego potrzebne. Logika podpowiada zatem, że wszędzie powinno być ich wbród – gdzieś w kącie każdej żwirowni powinna leżeć taka zwałka niepotrzebnego kruszywa. Ale nie ma.

zraszacz raz

W końcu kierowca ciężarówki, który zapewnił mi kompleksową obsługę przedsięwzięcia budowy dróg, doniósł telefonicznie, że gdzieś półsta wiorst od nas, het pod Tarczynem, zalega w kopalni pospółki takiż materiał – pozostałość po płukaniu pospółki. Grube kamwory, wymięszane z cieńszymi – dla mnie bomba. I jeszcze po płukaniu – to jakby płukane!

Zraszacz zawijany

Pierwszy transport przyszedł, kiedy byłem w pracy. Pomimo moich próśb majster kierujący robotami kazał to wszystko wrzucić do dołu. Kiedy przyjechałem, zdjęła mię zgroza polarna – żwir ów przypominał raczej pozostałość po sortowaniu ziemniaków niźli to, co sobie tak składnie wyobrażałem. Kilka metrów sześciennych materiału znalazło się w dole. Alternatywa: wydostać to na górę i spłukać. Jak wydostać? Widłami? Ile to ma trwać? Tydzień? To już taniej by mi wyszły rury REHAU. Znaczy, brniemy dalej.

Zraszacz po nelsońsku

Kazałem przywlec wąż ogrodowy i spłukać złoże w dół, do gliny. Trudno, pozostałości odłożą się na dnie, na geowłókninie. Groźba: pozostałości może być dużo, mogą podnosić się razem z wodą podskórną na wiosnę i zamiast efektu płukania złoża, będzie efekt błocenia złoża. Nadzieja: kiedyś musi to życie biologiczne tam umrzeć. Inakszy zleję to chyba chlorem i poczekam ze dwa łońskie roki.

Zakopywanie GWC

A na wierzch, na wszelki wypadek, postanowiliśmy ułożyć instalację zraszającą, do chybkiego podłączenia do węża ogrodowego, alias zaskrońca. Po całej akcji płukania-zraszania, jeszcze kilka dni później w rurze czerpni powietrza widać było stojące lustro wody. Zeszło ponad tydzień później – taka, panie, glina u nasz.

Ocieplanie GWC

Pozostało tylko zgodnie z nadmiarem styropianu na pozostałościach po placu budowy, położyć grzeczną warstewkę i zasypać.

GWC Dziś

Dziś wygląda to nie najgorzej. A jak trawka wyrośnie, to już w ogóle tak, że aż. Tylko niech to zadziała, kiedy przyjdzie pora! Nieprędko to nastąpi, co prawda, ale zawsze się może wydarzyć.

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 20:26

2008-05-27

Rury deszczowe - pot, krew i łzy.

W pewien słoneczny, gorący, majowy dzień mój Brat w Karmie przybył, by wspomóc proces budowy po zbudowaniu domu. Powiedział: zrobimy co chcesz. To ja wybrałem rury.

Zaczęło się od wołowego kopania pierwszych odcinków dołu. Później trzeba było rozplątać kilkadziesiąt metrów rury. Zabawy było huk.

rozplątywanie rury

Rura była długa i kręta. Wiła się niczym wąż boa.

w czym asystują dzieci

W pracy przeszkadzały chmary dzieciarów z apaczowym hałłakowaniem przemierzające stepowiejący trawnik ogródka.

układanie rury

pierwszy odcinek ułożony

wylot rury do rynny

Ponieważ w sezonie deszczowym działka ma tendencję do zamieniania się w grzęzawisko, postanowiliśmy przechwycić i odprowadzić na bok przynajmniej wodę deszczową z dachu.

krótka chwila odpoczynku podczas konsultacji technicznych.

Praca fizyczna przerywana była telefonicznymi konsultacjami z bawiącym gdzieś wśród ciepłych mórz południa Głównym Technologiem. Nawet, wydawałoby się, tak prosta operacja, jak zakopanie w ziemi długiej, żółtej rury, obfitowała w przeróżne zagwozdki.
kopalnictwo od frontu

kopalnictwo bis.

Przy okazji wykopków od frontu natknęliśmy się, na głębokości 1,5 szpadla, na rurę gazową, która podobno była na głębokości 1,5 metra. Albo się robotnikom coś pomyliło, albo może zbudowaliśmy dom na wypiętrzającym się górotworze?

ty, tu chyba jest rura gazowa...

Podczas prac pierwszego dnia na dwóch kopaczy zeszło 7 (słownie: siedem) litrów wody z sokiem i cztery litrowe cole (Amerykanie mówią na to “coke”, wymawiaj “kołk”).

no to przerwa w pracy.

zbliża się noc, a my ryjemy stwardniały grunt

Podniecone rozpierdówką dzieciaki zajęły się dewastacją samochodu transportowego.

dzieci podglądają nas z ukrycia

dzień następny, foto z kuchni

Dnia następnego ułożyliśmy pozostałe fragmenty rury. Trójnik, który miał rozwiązać problem spadku, sprawił nam chyba tyle kłopotu, co pozostałe roboty razem.

montaż trójnika

silokonowanie trójnika

zachetane mocowanie trójnika po raz drugi

no i się udało - można ciągnąć rury

Każda rzecz kiedyś się kończy. Wódka się kończy, podróż się kończy, tasiemka się kończy. Zatem i nasze męki też się w końcu skończyły.

ostatnie poprawki

Czego i Wam życzę.

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 14:46

2008-05-07

Nie mówi się, nie śpi się, nie dycha się. Mieszka się.

Już dwa tygodnie, albo trzy, zależy jak liczyć, w końcu po drodze zdarzył się terapeutyczny wyjazd w góry. Zaliczyliśmy już awarię hydroforu. Opanowani jesteśmy przez niemoc twórczą.

Bo miejsca jest mnóstwo, choć odpaliliśmy może trzecią część powierzchni, jaką docelowo mamy zasiedlić. Pojawiły się pierwsze prezenty, w postaci kompletu puchowej kołdry i poduszek – w wymiarach, a jakże, dla bogatych, w końcu rezydencja zobowiązuje. Dostarcza nam to emocji i dzięki temu nie jest nudno. Wycieczka do Ikei uświadamia nam w całej rozciągłości bezmiar wydatków, jakie nas czekają, żeby dom zaczął przypominać siedzibę ludzi cywilizowanych.

Front budynku

Czekamy na ekipę, która ma nam zlepić schody drewniane. A na razie cieszymy się wolnym dostępem do hydroforni, bowiem studnia, z której czerpiemy wodę pitną (i smarowaną na chlebek) chyba nie przewidziała naszej pompy i czasem dostaje czkawki.

tył budynku

Naprawdę, wspaniale się mieszka pośród białych, czystych (na razie) ścian. Niczym w prywatnej klinice, albo innym dyskretnym zakładzie w jakiej Szwajcarii, albo pod Wrocławiem. Tylko szum uliczny jakiś taki nie szwajcarski. I błękitnych krów z napisem “Milka” na boku jakoś nie widać. Za to są ściganty na motonach. Prują z narażeniem życia (swojego i innych) i radośnie zagłuszają ciszę. Naprawdę, jestem pełen podziwu dla ich poświęcenia.

Miałam ci jabłonkę...

Tymczasem, aby zrekompensować panujący w posiadłości bałagan, zakwitły jabłonie.

Kwitnący ogród.

Gęsta, nie strzyżona trawa i zieleniące się liście drzew liściastych pokryły wielobarwnym deseniem rzeczywistość, w której Wokulski po raz kolejny rozważał: jechać na Bałkany, czy nie jechać?

A kiedy znów zakwitnąąą jaaaabłooonieee...

Eh… Wiosna. Zaraz trzeba się będzie zabrać znowu za jakąś robotę, choć rzeczywistość skrzeczy. Nic to. Odpalę rowerek, to spadną koszty transportu i się oszczędzi na kolejne kroki.

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 12:04

2007-12-19

Zaroiło się na budowie.

Święty Mikołaj (strefa łacińska), Dziadek Mróz (strefa pansłowiańska) i Cagaan Owgon (strefa postmongolska) wylądowali desantem u mnie na budowie.

W związku z tym niespodziewanie pojawiły się ekipy i pojedynczy fachowcy, żeby ze sobą konkurować.

Z dalekiej Skandynawii zjechał Cieśla i jego Martillos Hermanos. Jednocześnie, choć się nie umawiali, panowie o chłodnych i górnych nazwiskach zakończyli proces obróbki spóźnionej elewacji i nawet ją dostarczyli.

Elewacja rozładowana.

Rozładunek na plecach inwestora i jego młodszego brata trwał ze dwie godziny. W tym czasie hydraulik klął, choć nie miał do kogo. Drewno, mimo starań, wyszło śliczniutenieczkie. Nawet nie ma wielu sęków. Szkoda, że nie jest modrzewiowe. Jak inwestor zostanie milionerem, to sobie wymieni elewację.

Sosnowe drewno elewacyjne.

We wnętrzach tymczasem zaczął srożyć się glazurnik. Dla dobra sprawy czynił wylewki wyrównujące, co automatycznie zamknęło dostęp do domu dla wszystkich oprócz niego i kota, który żadnych zakazów nie uznaje. Jak wynika z lektur wspominej innych budujących, każdemu jakiś kot musiał podeptać wylewkę...

Wylewka wyrównująca w przedpokoju czyli wiatrołapie.

Tak czy owak, glazurnik szybki jest jak generał Pershing w formie pośmiertnego pomnika czyli rakiety. Zanim się obejrzeliśmy, już wyłożył salon płytkami.

Pierwsze kafle w salonie.

Pershing.

Wkrótce potem zakończył czynić kuchnię. Do świąt ma zamiar skończyć wszystkie podłogi.

Kafle w kuchni.

To nam daje jeszcze trochę czasu na obliczenia szczegółowe płytek na ściany. Mam nadzieję, że chociaż sam wybór mamy za sobą. Na dobrą sprawę, o ile nie są bardzo ohydne, da się żyć z dowolnymi płytkami, przecież za jakiś czas wszystko musi się opatrzeć. Ale ni ma letko: inwestorka szaleje po składach, kiedy tylko da radę zorganizować logistykę z dzieciarnią.

Tymczasem przyjechali cieśle i nie mieszkając, a ledwie pomieszkując, zabrali się do roboty. Tego samego dnia wieczorem już mieli nacięte łaty i pierwsza ściana szczytowa zaczerniła się wiatroizolacją.

Wiatroizolacja na ścianie szczytowej.

U mnie nie będzie jak na reklamie. Mam jeszcze dwa pełne zwoje wiatroizolacji innej firmy, a ona jest w kolorze białym, co oznacza, że fizyk powiedziałby “we wszystkich kolorach na raz”, a drukarz orzekłby, że “w braku koloru”. Zobaczymy, czy wystarczy.

Ledwie wczoraj udało nam się z inwestorką udać na ulicę Bartycką, która to jest Mekką remontujących i budujących w Warszawie i okolicach.

Inwestorka wybiera kafelki.

Jak się ma pieniądze, oczywiście, bo tanio tam nie jest, oj nie. I co? I nie kupiliśmy. Bo co? Bo się inwestorka co prawda zdecydowała na jakieś (z tej samej kolekcji, hiehiehie), ale nie wiemy ile. Wiem, wiem, głupio zrobiłem, ona jeszcze może zmienić z danie i na oborot się wszystko zacznie. Ale co poradzić?

Inwestorka w salonie - czy ty myślisz, że ja będę tu mieszkać?!

Aby po raz kolejny zdobyć jakieś rozeznanie w dziedzinie półek, półeczek, obudowy wanny i prysznica oraz posadowienia kibelka, udaliśmy się na plac budowy. A tam coś narosło na ścianie szczytowej.

Elewacja na ścianie szczytowej.

I się mi dosyć podoba. Chcę to pomalować na jakiś ciemniejszy kolor, tylko jeszcze nie wiem jaki.

Elewacja, a nawet szkielet okapu przyzbowego.

A hydraulik, rozumicie, nie może kontynuować, bo mu glazurnik zablokował dostęp wylewkami, świeżo położonymi kaflami…

A ja jestem zmęczony, w głowie mi się mięsza, mam kłopoty z zapamiętywaniem najprostszych rzeczy, w tym z ortografią. Samochodem jeżdżę jak emeryt-szachista, bo jakaś zasłona na wzrok mi padła. Cinżko jest, jak to na finiszu.

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 09:46

2007-11-28

Szambo i reszta

Od wczoraj, jak ktoś jest umiejętny akrobatycznie, to zdoła się wypróżnić w naszym nowym domu. Znaczy, zdoła uczynić do po bożemu, do rury kanalizacyjnej. Szambo mamy już podłączone.

Trochę było z tym latania, ale głównie dzwonienia. Nie wiem, jak budujący w innych stronach kraju, ale w mojej okolicy najwyraźniej szamba zamawia się pod Radomiem, gdzie znajdywa się główne zagłębie szambowe. A ponieważ plan miejscowy nie dopuszcza innego rozwiązania, zamówiłem szambo szczelne.

Kabel oznakowany.

Już wcześniej pisałem, w miejscu, gdzie zaprojektowaliśmy zbiornik na pozostałości po rozkoszach życia, znalazł się kabel telefoniczny, którego w tym miejscu miało nie być, całkiem nie być, cytując Papuasa z powieści o przygodach Tomka Wilmowskiego.

Kopara zaczęła kopać.

Odwlekałem wizytę koparki przez dwa tygodnie, aż mi szef firmy powiedział, że dłużej czekać nie będzie. Ponieważ monitowałem Tepsę prawie codziennie, ale bez efektu, postanowiłem, że kopara może zaczynać. I tak stalowy potwór znowu zaczął się panoszyć po działce.

Łychą po kablu.

Operator trochę się tego kabla bał, bo już kiedyś w życiu zdarzyło mu się trafić w energetyczny. Ale w końcu nie dało się dłużej kopać omijając pięciocentymetrową pytę w kolorze trash-metal. No, i zerwał. Wkrótce pokazały się warstwice.

Dół.

Za to później, kiedy tepsiarze naprawili prowizorycznie zniszczony kabel przyjechało szambiszcze i dało się wstawić.

Sząbo.

Chambeaux.

Płyta najazdowa na górę.

Płyta najazdowa na dół.

Szambo wkopane.

Pozostał jeszcze drobiazg, czyli podłączenie czekającej w napięciu rury do onego zgrabnego zbiorniczka, co niniejszym przy pomocy Głównego Technologa uczyniliśmy.

I tak można ten dom nazwać już skanalizowanym. Choć może beka nie dałaby na razie rady wjechać, ale kogo to obchodzi?

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 12:26

2007-10-30

Wylewki wylane - krótka chwila na złapanie oddechu.

Nie zdążyłem przecisnąć się przez korki na budowę – ekipa wylała, co miała wylać, zainkasowała szmal i zwinęła się.

W ten sposób dokonałem z jej szefem wymiany świadczeń na najwyższym poziomie zaufania. Telefon do niego pozyskałem przez forum muratora. Ponieważ to ja do niego dzwoniłem, ani razu się mi nie przedstawił. Po prostu przyjechał ustalonego dnia i wobec faktu, że zobaczył na placu potrzebny materiał, przystąpił do prac. Główny Technolog, który w moim zastępstwie wziął urlop i miał nadzorować roboty, siedział cały dzień w wykopie pod rurę szambową, bowiem uznał, że ekipa jest na tyle sprawna, że nie będzie jej przeszkadzał. Zatem tylko w odpowiednim momencie wyszarpnął gotówkę, piątka, piątka, dziękuję i do widzenia. A ja z wizgiem opon zajechałem prawie godzinę później. W związku z tym mogę zaprezentować jeno parę fotek z gotowej wylewki.

Czy go polecam? Na razie zdecydowanie POLECAM. Tak właśnie się to powinno odbywać w cywilizowanym świecie. Jeżeli jakość wylewek będzie odpowiadać organizacji pracy tej ekipy, dostaną ode mnie specjalną laurkę i upublicznię ich numery telefonu. Im to pomoże, napewno, ale czy pomoże to innym budującym? Przecież nawała klientów musi zaowocować spadkiem jakości i wzrostem cen…

Taki oto widok ukazał się moim pięknym oczom. Podłoga w przedpokoju, czy też, jak to się poprawnie nazywa w języku mieszkańców domów jednorodzinnych, sieni, lub w slangu architektów – wiatrołapie.

Wylewka w przedpokoju.

Niżej można zobaczyć, jak to się układa w mniej-więcej przekroju. Białawe coś na samym dole, to styrodur, ocieplenie fundamentu, które wysunęliśmy nieco wyżej, następnie widać drewniany próg, żywcem nabity na dolny oczep szkieletu ściany. Czarna folia została przez wylewkarzy zawinięta, inakszy zobaczylibyśmy styropianowe ocieplenie poziomej podłogi, które, mając, co mające, 15cm grubości, pozwoliło sobie wychylić się ponad ten drewniany ogranicznik. A powyżej, jak łatwo się domyślić, ten tajemniczy beton z agregatu.

Widok na warstwy podłogi.

Konsystencja tegoż betonu jest dla mnie tajemnicza i zastanawiająca – przypomina mokry piasek, zasię cement prawie nie zostawia śladów na ręku. Naprawdę jestem ciekaw, jak to wyglądać będzie dziś, kiedy ma już być nieco podeschnięte i stwardniałe.

Tu, proszę wycieczki mamy gładź podłogi salonu i jadalni. Drewniany słupek po lewej wyznacza narożnik korytarza.

Salon wylany i gładki.

Przekręciwszy obiektywy nieco na lewo, zobaczymy otwierający się korytarz i nie zamkniętą jeszcze strefę kominka wraz z wystającą z wylewki zgrabnie rączkami inwestora zabezpieczoną rurą napowietrzającą oraz drewnianym słupkiem wspierającym podciąg. Podciąg, jak sama nazwa wskazuje, podpiera to, co na nim leży.

Wylewka w salonie, korytarzu i strefie kominka.

Na do widzenia prezentuję jedno zdjęcie wykonane akrobatycznie z drabiny wypuszczonej z poddasza w środku domu, gdzie jeszcze nie można chodzić. Widok na drzwi pierwszego, czyli mojego, gabinetu.

Akrobatyczne zdjęcie w kierunku gabinetu.

Do widzenia.

Kategoria wpisu: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 15:02
dalej »»

Strona stworzona przy pomocy WordPress
© Flamenco108
Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress

Użyszkodnicy10|| Wpisy108|| Słowa we Wpisach44620