Święta upłynęły pod znakiem pomięszania. Nie mogłem normalnie świętować, nie mogłem normalnie pracować. Na szczęście już się skończyły.
Wykonawcy się rozjechali pozostawiwszy niedokończoną robotę. Można było założyć, że wrócą. I oby wrócili.

Święta to czas, który stereotypowo powinniśmy spędzać z rodziną. Tak się częściowo też stało. Co prawda ja od swojej rodziny trochę odwykłem, a ona ode mnie, co szczególnie frustrowało moją najmłodszą dziedziczkę genów. Nagle po mieszkalni zaczął się pałętać jakiś duży gość o grubym głosie i mało delikatnych ruchach. Wprowadził jakieś własne porządki, na południowy sen położył do łóżeczka, za to matka-karmicielka gdzieś zniknęła. Wrzask słychać było w promieniu kilku pięter.
Cóż, nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie się przeprowadzimy z tej tymczasowej klity i będę mógł poświęcić trochę więcej czasu przychówkowi, który pod babską ręką najwyraźniej schodzi na psy. A ja psów nie znoszę, boję się (Czyngiz-chan też się bał), tylko brudzą, psocą i roznoszą pchły (Tymoteusz Rymcimci). Pod moją rózgą ten nieszczęśliwy proces na pewno się zatrzyma. Przychówek zejdzie na koty.
Udało mi się za to kilka razy wybrać się z rodziną na plac budowy, aby moja najlepsza z żon mogła cokolwiek ocenić aktualną sytuację i dołożyć swoje trzy grosze. W związku z tym razem z Otharem wykonaliśmy w łazience półeczkę, której ona absolutnie zabroniła robić. W powietrzu zatrzeszczało od materializujących się pozwów rozwodowych. A tymczasem przy następnym widzeniu stwierdziła “Może być”. I zrozum tu kobiety…
Razem z hydraulikiem kontynuowaliśmy też misterną budowę schowanego pod spocznikiem schodów rozdzielacza do wody. Oczywiście, a było to już trzecie podejście, nie skończyliśmy.
I tak to minęły te święta, ani pracowicie, ani rodzinnie, tylko jakoś tak – jak to na budowie.
A po świętach od razu zaczęły się budowlane niespodzianki.
Mianowicie, jak Filip z Konopii, już we środę drugiego stycznia pojawiło się pokrycie dachowe. Umówione na dzień następny, z koniecznym telefonicznym uzgodnienie. Firma ICOPAL postawiła nas przed faktem dokonanym – kierowca zadzwonił spod bramy działki, a ja ciężko pracowałem w pracy, w centrum miasta! A do tego cztery palety gontów papowych, czyli dachówki bitumicznej przyjechały zwykłym TIR-em, bez HDS-a – czy ktoś widział na budowie domu jednorodzinnego jakiś wózek widłowy? Chyba w ten sposób zdobyli u mnie laur mistrzowski, muszę zrekapitulować innych babolarzy… I tu się okazało, że mamy szczęście, bo naszym sąsiadem z jednej strony jest firma SIGNODE Polska i ma ona wózek widłowy. I chętnie pomogli na moją wirtualnie, przez telefon wyrażoną prośbę. Jeszcze tego samego wieczora z Otharem przerzuciliśmy to w głąb działki. Na mrozie dobrze się pracuje, tylko przyczepność kaloszy do lodu jest niewielka i budzi frustrację. W dostawie nie znaleźliśmy kilku elementów, które bezwarunkowo powinny tam być. Szykowałem się psychicznie na rozprawę z przedstawicielami Icopalu, ale około 10:00 dnia następnego zadzwonił kurier. Spod bramy działki. A ja ciężko pracowałem w pracy, w centrum miasta! Na szczęście znowu nam pomogła firma SIGNODE Polska – towar leży u nich i czeka. Niech ktoś nas uratuje przed firmą Icopal! Oby w towarze nie było już innych braków, bo z takimi nie wyrobię, moje nerwy są już w strzępach…
Tymczasem gazownicy potwierdzili, że w poniedziałek 07-01-2008 wchodzą na montaż instalacji. Trzeba jeszcze ustalić szczegółowy przebieg rury gazowej wewnątrz domu, żeby nie kolidowała z szafkami, tajnym sejfem, kasą pancerną na broń i ołtarzem voodoo. Zgroza polarna mię ogarła, albowiem na odcinku od reduktora do domu, na drodze wykopu, stoi paleta z niezużytą płytą G-K – kilka ton, następna zabawa w przenoszenie w najbliższy weekend…
Zanim de profundis wypłynie glazurnik, pozostało nam wymóżdżyć metodę wykonania blatu okołoumywalkowego z kafelków. Hej, to opowieść na następny rozdział tej pasjonującej historii.