Zapiski na zimno o budowie domu.

2012-04-06

Pod czerwoną szmatą nieba – muł…

Domy z ludzi wypłukane
Drzew korzenie w niebo sterczą
Zaczepił się o most zerwany
Trup psa ze sparszywiałą sierścią
Ale wszystko jest jak trzeba
Pejzaż jak umyty stół
Pod czerwoną szmatą nieba – Muł

Ta złowieszcza piosenka Kaczmarskiego była wielką przenośnią opartą o prawdziwe wydarzenia z 1979 roku. Nas dotknęło to w 2010 roku, zaledwie dwa lata po przeprowadzce. Nie zdążyliśmy na serio przyzwyczaić się do mieszkania pod miastem, nie zdążyliśmy pogodzić się z oczywistymi tego uciążliwościami, nie zdążyliśmy nauczyć się radości z wielu aktywności i zjawisk typowych i możliwych tylko wtedy, kiedy mieszkasz pod miastem, nie zdążyliśmy…

Czerwiec był w Warszawie bardzo ciepły. Średnia miesięczna temperatura wyniosła 17,5 stopnia i była o 1 stopień wyższa od normy wieloletniej. Temperatura ulegała sporym wahaniom. Pierwsza połowa miesiąca przyniosła falę tropikalnych upałów. Przez dwa dni temperatura przekraczała w cieniu 30 stopni. 11 czerwca termometry pokazały w cieniu 32 stopnie. Tak wcześnie w czerwcu nie notowano tak wysokiej temperatury od 14 lat.(...)Suma opadów wyniosła 87 litrów na metr kwadratowy ziemi i była o około 15 litrów wyższa od normy wieloletniej. Mimo sporych wartości, tak naprawdę na większą część sumy opadów złożyły się tylko cztery fale ulew, które przeszły nad Warszawą 2, 3, 12 i 24 czerwca. W tym ostatnim dniu spadło prawie 30 litrów deszczu na metr kwadratowy ziemi, czyli prawie połowa miesięcznej normy opadów.

Pamiętam to jak dziś, ale zapamiętałem, że nawalny deszcz na południowe rubieże Warszawy najpierw padał w poniedziałek, czyli 31 maja. Następny taki spadł 3 czerwca, czyli w Boże Ciało. Dobrze pamiętam, bo wiozłem rodzinę od rodziny z Płocka i wpadliśmy w ulewę między Warszawą i Powsinem. Kurtyna deszczu, woda spadająca z intensywnością podobną do wiadra wody wylanego na głowę, tylko ta woda spada bez przerwy przez kilkanaście (zaledwie!) minut, żeby chwilę później zelżeć do miałkiego kapuśniaczku kapiącego za kołnierz. Po poprzednich popisach pogody odbierasz to niemal jak suszę. Tak też było w ten feralny czwartek. Przez ulewę czasami widzieliśmy po prawej samochody, które stoczyły się do rowu, kiedy ich kierowcy postanowili zaparkować na poboczu i przeczekać. Parkowanie na pasie między szosami uznałem za podobnie bezrozumne, bo już wcześniej rosła tam trzcina, a po tych opadach czasami widywałem tam wędkarzy. Zdjąłem nogę z gazu, włączyłem przeciwmgielne, bo jeszcze je wtedy miałem, zacząłem mrugać awaryjnymi, wycieraczki nic nie dawały, więc je wyłączyłem. Wrzuciłem dwójkę i spokojnie, powolutku, lewym pasem toczyliśmy się naprzód. Za chwilę widoczność się poprawiła i tak za parę minut byliśmy w domu. A deszcz wciąż padał. Zaplanowaliśmy tego wieczora, że obejrzymy sobie fajny film. Naszykowaliśmy butelkę winka, jakieś ciasteczka, zmęczone córki bez szemrania dały się położyć spać o wymaganej porze, czyli między 19:00 a 20:00. W domu suchutko, milutko, chłodny powiew z podwórka, od szosy nie niesie hałasu, bo ludziska pochowali się, podobnie do nas, w domach, zamiast rozbijać się samochodami po okolicy… Żyć nie umierać.

Wydarzyło się to 3 czerwca, w bożocielny czwartek AD 2010.

Około 22:00 zadzwoniła sąsiadka, miła starsza pani “Czy może wyjrzałby pan na kanałek, bo coś mi się zdaje, że woda przybiera…”. Takie telefony tej wiosny zdarzyły się nam już kilka razy i za każdym razem nie było powodu do niepokoju. Zatem najpierw dokończyliśmy oglądanie filmu i wreszcie gdzieś tak koło 23:00 wzułem kalosze, chwyciłem parasolkę i poczłapałem w stronę pustego domku rodziców. Prawie 20 metrów za nim płynie sobie kanałek, niegdysiejsza rzeczka, służący onegdaj miejscowym polom do odwadniania. Nikt nie pamiętał w ostatnim półwieczu (starszych w okolicy nie bywało), żeby woda wystąpiła z koryta. Oczywiście, pamiętam, że jako dziecko swobodnie w nim brodziłem w kaloszach – dno nie było zamulone, brzegi zadbane przez odpowiednie służby, jak nie w Polsce, jak nie w socjalizmie. Tak czy owak, maszerowałem raźno, a kalosze coraz intensywniej chlapały.

Woda już pod werandą

Daleko nie zaszedłem, bo już przy werandzie domku rodziców woda stała wyżej kalosza, co poczułem jako wilgoć na stopach. Nie mieszkając, bo gdzie tu mieszkać, kiedy leje, wróciłem do pieleszy i dawaj, za słuchawkę telefonu. Internet działał śpiewająco, jeśli można użyć takiej przenośni.

Woda podchodzi

Rodzice akurat spędzali miło czas w Południowych Stanach Polski, więc moja relacja zwarzyła im wieczór. Do dziś czuję się trochę winny.

Woda coraz wyżej

Ojciec jednak całkiem trzeźwo skonkludował moją relację, że wodę mają już na podłodze domu: “Kiedy woda znajdzie się 15 cm poniżej twojego poziomu podłogi, to dopiero będzie prawdziwe nieszczęście, a na razie zachowajmy spokój.” Nie powiem, żeby mnie to uspokoiło, szczególnie, że chwilę później pod naszą werandę podpłynął gumowy basenik córek.

Zalany domek rodziców

Przystąpiliśmy do prac zabezpieczających nasze skromne mienie, czyli jak czterokrotnie w poprzednich dwóch latach, pakowania do pudeł i toreb.

Pierwsze rzeczy pływają

Z tą różnicą, że tym razem dzieliliśmy dobytek na wodoodporny i ten do spakowania. Mebli kuchennych tknąć nie zdążyliśmy, podobnie jak szaf i innych ciężarów – po prostu nie było tego gdzie wstawiać.

Woda już pod domem

Martwiłem się, że jeżeli woda podejdzie jeszcze wyżej, to odpłynie nam nasza, położona takim nakładem sił i środków, droga z podkładów kolejowych.

Woda już od frontu

I tak się faktycznie stało. A było wtedy jeszcze ciemno.

Boczna droga z podkładów już pływa

Nad ranem zjawili się przyjaciele i prace przyspieszyły. Woda wciąż się wspinała, po tym, jak nastąpiło owo tajemnicze nieszczęście, o którym wspominał mój ojciec. A na dzień następny mieliśmy zaplanowany montaż szaf wbudowanych w przedpokoju! Przycięte, gotowe deski czekały, wszystko było gotowe!

Przelało się pod podłogę

O świcie werandę otaczało urokliwe jeziorko, z którego wystawały pnie jabłoni, pomiędzy którymi pływały piłki, stara łódka Ojca, nowa, od lat niezbudowana łódka Ojca, deski, jakie pozostały po budowie, cały czas w sągu, który się nie rozpadł, kawałki pni, drewna, rury i inne śmieci, które zalegają w kątach na działkach.

Jeziorko na działce

Co ważniejsze rzeczy zostały przywiązane do pni drzew, żeby nie odpłynęły hen, do morza.

Woda dotknęła werandy

Ostateczną decyzję o ewakuacji podjęliśmy około 7:00, kiedy nieświadome sprawy córki zaczęły się budzić.

Domek rodziców rano

Wstające słońce ukazało nam, że nie mieszkamy już w tradycyjnie podwarszawskiej miejscowości letniskowej, z wolna przekształcającej się w sypialniane suburbia, lecz w japońskim ogródku wodnym.

Znowu widoczek jeziorka

Żeby nie te zanurzone w wodzie huśtawki, te pływające resztki pobudowlane…

Spakowani do ewakuacji

Żeby to nie była powódź, to nawet ładnie to wyglądało…

Wycieczka krajoznawcza

A woda wciąż powoluteńku (im większy obszar zajmowała, tym wolniej, co każdy łacno może sobie policzyć) wspinała się. Tak powoli, że bez trudu wyprzedzały ją włażące we wszystkie szpary ślimaki. Tych ohydziarstw bez skorupek było tyle, że aż zastanawialiśmy się, czy ślimak może porzucić swój domek i spitalać bez obciążenia, czy też to jednak są liczni, ale przedstawiciele onych trujących, niejadalnych, a zatem nieopancerzonych gatunków?

Widok na werandę rano

Zwiedzanie działki w slipach zamieniło się w oszczędną sesję dokumentacyjną, stąd tyle zdjęć.

Kotu cała ta sprawa się nie podoba

Nam było wesoło. Jak już przeszła sraczka stresowa. Kotka zawieruszyła się w ulewie. Znalazła się w środku nocy u sąsiada na drzewie. Młodszy Brat udał się skuś rosnące wody, aby uratować staruszkę, ale ona, zmotywowana kilkoma godzinami na gałęzi, opanowała sztukę wiewiórkowania, tzn. poprzez inne drzewa przekicała na dach domku Rodziców. I tam dalej żałośnie miałczała. Skończyły się mity o niezależności i niezawisłości kotów, kiedy wczepiła się w Brata pazurzyskami i dała wynieść na naszą werandę.

Belki ganku też już pływają

A woda wciąż się wznosiła. Zmartwiły nas te pływające belki kolejowe, bo przemieszczanie się brodząc pomiędzy nimi nie należało do przyjemności.

Woda już przy bramie

W ostatniej chwili odparkowałem landarę na pobocze drogi.

Ławeczka nad kanałem

W tym miejscu właśnie płynie sobie kanał. W widać oparcie ławeczki wypoczynkowej, postawionej na betonowym mostku przejazdowym, około 1,5 m nad lustrem wody. Znaczy, w normalnych warunkach.

Już zaraz ewakuacja

Do poziomu podłogi wodzie brakowało może ze 3 cm. Na razie katastrofa była raczej techniczna i martwiłem się, że będę miał trudności, jak udowodnić ubezpieczycielowi, że cała podłoga jest do wymiany. Ale na powódź można liczyć, ostatecznie woda wzniosła się ze 20 cm powyżej podłogi, więc pewne sprawy stały się oczywiste, ale o tem potem. Z samego rana podtoczył się Brat ze swoją tojotą o dużej ładowności, więc poczynając od pociech, załadowaliśmy (brodząc po kolana w wodzie, która doszła już do asfaltu szosy), co się dało, na pakę i pojechaliśmy do niezalanej powodzią części Warszawy na śniadanie. Planowaliśmy wrócić koło południa i zobaczyć, czy nasze zabezpieczenia w postaci spiętrzania wszystkiego, co się dało, na stołach, blatach i innych poziomych, wzniesionych, coś dały, czy może to wszystko się zawaliło.

Ale o tym w następnym wpisie wspomnieniowym, kiedy poczuję nowe siły, żeby coś napisać, bo wspominanie tamtych dni wciąż nie jest miłe.

Filed under: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 11:42

2011-12-02

Może jakieś nowe historie?

Minęło już prawie dwa miesiące od ostatniego wpisu, a ponad dwa lata od ostaniego wpisu traktującego cokolwiek o budowie. W tym czasie wiele się wydarzyło, rzeczy dobrych i złych, ale związanych z budową domu. Dziś nasza chałupka wygląda trochę inaczej, teren wokół niej również. Zastanawiam się, czy nie poważyć się opowiedzieć niektórych historii.

Nie ma tagów
Filed under: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 20:00

2011-10-16

Już wszystko powinno być OK.

Jak w tytule.

Filed under: Blog budowy domu — Administrator @ 18:26

2011-09-30

Coś padlo w bazie danych.

Szukam rozwiazania.
Prosze o cierpliwosc.
Nie widac polskich znakow, tylko jakies krzaczki.

Filed under: Bez kategorii — Administrator @ 06:49

2009-07-07

Nie kończąca się opowieść (o budowaniu komina)

Zabawa w dom nigdy się zapewne nie kończy. Aktualnie możemy pochwalić się otynkowanym kominem i podmurówką.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie zabawa w budowanie wieży dla anten. Otóż na naszym dachu znajduje się cycek lokalnej sieci dostępu do internetu, do którego podpiętych jest kilku sąsiadów. Nieładnie byłoby odcinać ich (oraz ich matki, żony, dziatki) od globalnej wioski. Trzeba było znowu myśleć.

komin01

A od myślenia, jak wiadomo, boli głowa. Dobrze na to pomaga nacieranie żywotnych organów alkoholem, w równych proporcjach zewnętrznie i wewnętrznie.

komin-wieza

W bólach głowy zatem wymyśliliśmy i zrobiliśmy – przerobiliśmy drabinę na wieżę antenową. Na szczęście naszego pana fachowca od tynkowania głowa nie bolała, tylko po prostu zrobił, co do niego należało. A tak oszczędnie szafował tynkiem, że mi jeszcze został jeden prawie pełny kubeł.

widok z daleka

Nie mam pojęcia, co z nim teraz zrobić, ale wyrzucić szkoda, bo to prawie 200PLN (poprawka dla inflacji/deflacji, jaka z pewnością pojawi się w ciągu nadchodzących wieków: za podobną kwotę można było w tych czasach nabyć np.:MSOffice, jeżeli było się uczniem czyli szkolnikiem, odtwarzacz mp3 (czyli plików dźwiękowych), 150 bochenków chleba (baltonowskiego, po średniej cenie warszawskiej), miesiąc przedszkolu państwowym (bez zajęć dodatkowych), gazu napędowego ok. 120l…).

komin04

Czyli teraz mamy już otynkowane, co trzeba otynkować. I szlus.

Nie ma tagów
Filed under: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 09:37

2009-03-25

Wiosna

Globalne ocieplenie, mówili, zakładaj sady brzoskwiniowe, mówili…

Koniec marca następnego roku. Żyjemy pomału w nowej siedzibie. Główny Technolog co jakiś czas pcha do prac przy wykończeniach. Musimy wstawać wcześniej niż w Warszawie.

Furtka i barak

Ale dla takich widoków warto wstawać naprawdę wcześnie.

Głaz wczesnym rankiem

Choinka wczesnym rankiem

Nie ma tagów
Filed under: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 06:08

2008-11-25

Pierwsza zima, pierwszy śnieg.

Zasypało na biało. Chłód się w kości wciska. Ale nie nam. Nam jest ciepło!

A w każdym razie nie chłodno. Ze zgrozą oczekuję rachunków za gaz, który wybraliśmy jako źródło ciepła. Taka logika: jeżeli spalanie gazu w celach grzewczych przyczynia się do zwiększenia efektu cieplarnianego, czyli ocieplenia klimatu, to jest to dla nas podwójnie korzystne. Albowiem w miarę ocieplania się klimatu będziemy potrzebować spalać coraz mniej gazu, popyt na gaz będzie mniejszy, a zatem ceny też spadną. Nieźle to sobie wymyśliłem?

Biel śniegu

A na razie mamy okazję rozkoszować się bielą pierwszego śniegu. Okolica nieco się rozjaśniła, wydaje się, że jest jakby trochę czyściej. Ale oczywiście to pozory. Po prostu jest bielej.

Droga południowa.

Zachwycają proste paradoksy, o których nie pomyśleliśmy wcześniej: śnieg trzyma się drewnianych podkładów, topnieje na klińcu. Powstaje zamarzająca zebra, na której już raz zdarzyło mi się zabuksować letnimi oponami. A przecież nie o to chodziło.

Droga wschodnia.

Tak tu żyjemy, na tej wysuniętej placówce, przy hałaśliwej drodze, której wyciszenia spodziewać się możemy gdzieś w drugiej połowie życia, bo dopiero około 2025 roku.

Nie ma tagów
Filed under: Blog budowy domu — Flamenco108 @ 20:47
dalej »»

Powered by WordPress
© Flamenco108
Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress